Klątwa Wydawnictwa Portal

Co roku, tuż przed świętami przypominam sobie o klątwie, którą rzucił na mnie Trzewik wraz z Multidejem podczas targów w Essen w roku 2010. Okazja ku temu jest dosyć błaha. Po prostu, podczas przedświątecznych porządków otwieram w końcu tę szafę, w której leżą moje gry porzucone. Zwykle kompresuję ich zawartość, wkładam pudełka do pudełek, bitsy i żetony do jednych, karty do drugich. Trzymam je wszystkie na wszelki wypadek, jakby mi się chciało zrobić jakiś prototyp. Wydobędę czasem stamtąd grę niewinnie skazaną, albo dorzucą nową. Co roku jednak znajduję tam dwie gry, dwa wyrzuty sumienia, dwie ofiary tej paskudnej klątwy, zupełnie niewinne.

A było to tak, na Essen 2010 Wydawnictwo Portal pojechało z grą Stronghold: Undead, Zombiakami II oraz z 51. Stanem jako flagowcem – to ten sam rok, kiedy pojawiło się Magnum Sal czy K2. To był mój pierwszy raz w na dużych zagranicznych targach, więc byłem przejęty i szalenie podniecony tą całą atmosferą. Czekała na mnie cała masa okazji, z których chciałem wybrać te najlepsze – środki miałem ograniczone. Zacząłem polowanie i zanim się połapałem, zapadłem na gorączkę planszową. Dosyć szybko skompletowałem sobie dwie torby planszówek, których królową była Mexica. Za każdym razem kiedy przynosiłem kolejną grę kupioną po okazyjnej cenie, Trzewik i Multi uśmiechali się podstępnie. Dobrze wiedzieli w czym rzecz. Sami przerabiali to już nie jeden raz. A ja głupi dziwiłem się czemu nie robią tego samego co ja. Dziwiłem się czemu Multi zamiast wymieniać euro na planszówki, zamienia ja na spożywcze rarytasy niedostępne w ojczyźnie.

Po powrocie, kiedy żegnaliśmy się stojąc pod redakcją w końcu nie wytrzymałem. Wiecie, oni ciągle gapili się na te dwie wielkie torby i uśmiechali się do siebie głupio. Co jest? – zapytałem. Odpowiedzieli chórem: – Wiesz Neuro, każdy z nas to przerabiał, nie chcieliśmy ci psuć zabawy, to po prostu trzeba przejść.  – Coś nie tak z moimi grami? – wyraziłem wątpliwość.  – Ależ nie stary, wszystko w porządku, tylko wiesz... – i tu padły słowa klątwy – prawdopodobnie nie zagrasz w te gry, nawet nie wypchniesz żetonów z wyprasek w ciągu najbliższych dwóch lat. Uśmiałem się setnie. Co oni tam wiedzą – pomyślałem i pojechałem do domu.

Ach, gdybym wiedział, że te dwa diabły wcielone miały rację, zadowoliłbym się Mexicą a resztę budżetu przeznaczyłbym na niemieckie konserwy rybne o tysiącu smaków, suszone kiełbachy, pyszne salami i tonę żelków. W ciągu roku udało mi się zagrać w Mexicę i jeszcze jedną grę, w ciągu dwóch lat w kilka kolejnych, ale do dziś dwie gry leżą na dnie tej szafy nie tknięte. Niczym sobie na taki los nie zasłużyły – to po prostu ofiary tej paskudnej klątwy.

Obie leżą znów na stosie gier, w które grywam – ale umieściłem ja tam rok temu i jakimś cudem, znów wróciły do szafy – same, bo zaklinam się, że ich tam nie wkładałem. I znów pozostaje, jak rok temu wydać z siebie okrzyk skierowany do planszówkowych bogów! Zlitujcie się na tymi biedactwami. Dajcież wreszcie w nie zagrać!