Dynastia Ming, czyli chińskie zasady gry

Z targów Essen w 2010 przywiozłem kilka gier, z których dwie wylądowały w szafie i praktycznie o nich zapomniałem. Dziś postanowiłem zmierzyć się z jednym demonów, które z dna szafy straszą moją garderobę.

 

Wybrałem tę prostszą, rodzinną grę: Ming Dynasty (a w zasadzie Ming Dynastie – bo mam wersję niemiecką, kupioną za okrągłe 5 euro). Na szczęście „sesja” z grą miała obejmować tylko zaznajomienie się z regułami i rozegraniu ze dwóch rund z samym sobą. Tak, żebym potem mojej słodszej połówce oraz znajomym mógł przedstawić poprawne zasady gry, bo wiecie – nie dla każdego, karta pomocy gracz w języku niemieckim będzie rzeczywistą pomocą.

Kiedy rozkładałem planszę, karty i pionki doznałem deja vu. O tak, już to kiedyś robiłem. Zdecydowanie tak. Kilka dobrych lat temu. Lecz czemu mimo to gra wylądowała w szafie?

 

Olśnienie przyszło podczas realizacji procedurek ruchu zawartych w instrukcji. Tak, to był ten punkt, w którym powiedziałem sobie – uff… to tylko 5 euro, przynajmniej mam z tego kilkadziesiąt sympatycznych drewnianych pionków. Tym razem pomyślałem sobie jednak, że przecież czasy inne, na Youtube nie tylko Tom Vasel i Scott Nicols – zaraz gdzieś znajdę setup i jakiś gametrought. Nie znalazłem. Ląduję więc na BGG, też linków do YT brak, tylko do recenzji i wątków na forum. A w każdej recenzji stoi jak byk, że zasady są napisane fatalnie, że trzeba je przepisać, że grać można na zasadach domowych. A jeden z wątków, niczym sztylet wbity w serce, kuje ostrym tytułem: Ming Dynasty zrujnował mi noc. W drugim tekst: Ming Dynasty znajduje się na mojej liście Top 5 gier, o fatalnie napisanych zasadach. Pozostaje mi sprzątnąć planszę i resztę elementów do pudełka. Rozpoczynam śledztwo, bo gra wygląda przepięknie, a samych zasad tyle co palców u rąk.

 

Sama gra prosta: na planszy kilka prowincji, każda z nich podzielona na trzy dystrykty. Każdy gracz ma na planszy księcia, która łazi od dystryktu do dystryktu i pozostawia w nich swoich popleczników. Ci zaś, mają za zadanie obsadzić urzędy w prowincji. Proste area control, tylko że dwu etapowe – bo najpierw za ich pomocą zbieramy karty, dzięki którym książę może się poruszać po planszy. Gra obiecująca, z duża dawką interakcji i o łatwych do przekazania zasadach. Wydawać by się mogło, że nic w tej grze nie można spieprzyć – okazuje się że można.

 

Żeby było śmieszniej, po analizie instrukcji i temu co znalazłem na BGG wygląda na to, że poprawne zasady są zawarte tekście. To znaczy, ktoś może je nawet odczytać poprawnie, ale ponieważ słownictwo, to najważniejsze, to na którym zbudowana jest logika procedur, zastosowano nie udolnie, zostawiając zdecydowanie za dużo miejsca na interpretację, nie sądzę aby zdarzało się często.

 

Po po prostu czytając zasadę A, myślimy że jest A, czytając zasadę B sądzimy, że jest B, więc kiedy przechodzimy do punktacji to wiemy że A+B=C, ale ponieważ otrzymujemy F, gdzie F nie równa się C, to wiemy że coś tu nie działa, tym bardziej, że jest zasada D, który wydaje nam się nie mieć zastosowania, bo brzmi jak B.

 

No cóż, mogę powiedzieć – redukując dysonans poznawczy poprzez racjonalizację – że niejako w jednej grze mam dwie gry. Na szczęście pierwszą, czyli rekonstrukcję tego co autor miał na myśli mam już za sobą, została mi już tylko seria rozgrywek – na początek we dwójkę, a potem już we czwórkę.

 

Tak naprawdę, nie byłoby problemu, gdyby w instrukcji znalazł się jeden obrazek więcej, albo gdyby jedna zasada została rozbita na dwa podpunkty, wszystko byłoby jasne jak słońce, a gra mogłaby na BGG zbliżyć się do 7 punktów, Hans im Gluck nie musiałby tego sprzedawać po 5 euro. Na szczęście dla mnie jest po sprawie i za kilka tygodni Dynastia Ming zostanie zrecenzowana. Bo wygląda mi na grę, która jest co najmniej w porządku.