Czy gry są zbyt drogie? Czy jest ich tak dużo?

Bardzo przyjemnie dziś spędziłem poranek. Po pierwsze, kawę dostałem do łóżka. No prawie. Po drugie, korzystając z tej dogodnej sytuacji oparłem się o ścianę, wymościłem, podparłem plecy poduszkami i z laptopem na kolanach zajrzałem na platformę znadplanszy.pl. No i kliknąłem bez wielkich w ten ostatni (czyli drugi filmik). Choć z drugiej strony można zapytać, czy trzy męskie buzie patrzące się na mnie kiedy popijam kawę z rana pół leżąc a pól siedząc w moim własnym łóżku, nie ukrywajmy nie całkiem ubrany to taki zdrowy początek dnia? Powiedzmy, że tak i nie drążmy tematu.

Samą audycję serdecznie polecam, bo o ile samo wideo technicznie nie jest najlepsze – wszak to kamerki internetowe zespolone za pomocą Google Hangouta, to dźwięk jest bardzo dobry strzelam, że zbierany za pomocą mikrofonów pojemnościowych, albo bardzo dobrych dynamicznych. I to się bardzo chwali, bo aby zapoznać się z treścią audycji nie trzeba gapić w monitor, lecz można przy okazji zmywać, inwentaryzować drewno w pudełkach, malować figurki inne tego typu czynności, przy których zazwyczaj słuchamy radia.

Treścią audycji są dwa główne tematy: czy gier planszowych jest za dużo? Oraz czy gry są zbyt drogie. Każda z osób ma swój wyraźny punkt widzenia więc dyskusja jest rzeczowa i krwista, ale też bardzo kulturalna i na poziomie. Coś czego w dzisiejszych czasach nieco brakuje. Chciałbym dołożyć się w tym miejscu do dyskusji i przedstawić swoje zdanie obu kwestiach.

Czy gier planszowych jest na rynku za dużo?

Z pewnością jest ich wiele, lecz dyskutanci nie do końca zdefiniowali sobie rozważany obszar. Bo czy idzie o nasz kraj czy rynek globalny? I co oznacza za dużo? Czy za dużo to dobrze czy źle? I dla kogo dobrze, a dla kogo źle?

Z perspektywy hobbysty-kolekcjonera rzeczywiście liczba tytułów jest ogromna. Raz, że rzeczywiście liczba nowości przed targami w Essen jest imponująca – Tycjan sam stwierdza, że w tym roku nie był wstanie zapoznać się ze wszystkimi instrukcjami i część gier kupił w ciemno. Za dużo, bo jakby zebrać wszystko to kolekcjoner po dwóch latach zapcha sobie mieszkanie. No ale, kolekcjoner który zbiera wszystko jak leci, to żaden kolekcjoner. Tak więc, jeśli ktoś zbiera gry konkretnego autora, to – pod warunkiem, że nie jest to Rainer Knizia- taka kolekcja z pewnością nie zakłóci miru domowego oraz łatwego dostępu do lodówki. A i w tych 500 złotych rocznie na rozbudowę kolekcji da się zmieścić, przy dobrych wiatrach, nawet trzech autorów. Kwestia skali zbieractwa.

Druga sprawa to dostępność. Nie nie twierdzę, ze jest z nią problem. Kto chce, kupi planszówkę bez wysiłku, lecz w Polsce ciągle nie zrobi tego hipermarkecie, owszem jeśli w tym samym budynku jest sklepik z grami to tak, ale w ramach jednych zakupów, jednego koszyka, jednej kasy – średnio. No chyba, ze to Monopoly, Eurobussines czy Antymonopoly, albo jakiś tam Risk czy też coś z planszówek Lego. To wszystko – Osadnicy z Catanu czy Carcassone co najwyżej w Empiku po bandyckiej cenie.

Po trzecie w końcu – tak prywatnie uważam, że gry planszowe, jak każde inne są po to aby w nie grać. I większość graczy ma takie właśnie podejście. Kupują gry aby w nie grać. Nie raz, nie trzy, ale przez lata. Planszówki się co prawda zużywają, ale jako takie się nie starzeją. Tu hardkorowcy się nie zgodzą, tak jak Marcin Krupiński w audycji. Przecież są nowe koncepcje mechaniczne, eliminowanie king makingu, ciekawsze zasady. Tyle, że osobę spoza środowiska średnio to wszystko obchodzi, bo ona ma czystą kartę i każdą z nowoczesnych planszówek będzie traktował jak objawienie. Tak jak Ja, Tycjan czy Marcin osiem czy dziesięć lat temu. Zresztą tak ja, jak i uczestnicy audycji potrafią się przyznać, że część gier w „kolekcji” jest nieruszona, część grana z górą trzy razy. Tak dla zbieracza czy osoby która przerobiła już kilkadziesiąt, bądź kilkaset tytułów ma to sens i rację bytu – to norma kiedy siedzisz w hobby głęboko. Lecz może warto spojrzeć na sprawę inaczej. Nie koniecznie oczyma niedzielnego gracza, który kupi nową grę raz na rok lub rzadziej, ale samych siebie z początków hobby, kiedy łapaliśmy bakcyla. Jesteśmy na innym levelu zaangażowania, konsumujemy planszówki w dużym tempie, być może zbyt dużym. Wcinamy je jak ciasteczkowy potwór swoje ciasteczka, tak że może tracimy rozkosz smakowania, rozrzucamy okruchy, niweczymy potencjał. Czas – jak chce Tycjan – rzeczywiście płynie szybko, lecz im więcej masz planszówek, tym mniej czasu żeby w nie grać. To tak jakby nie dojadać skórek z chleba, albo uznawać jabłko za ogryzek po trzech kęsach. Wiecie – Keeperzy więcej wypluwają niż połykają. Oczywiście przesadzam, ale może warto się z tej strony sprawie przyjrzeć – co do pewnego stopnia w dyskusji zostało ujęte.

Czy gry są za drogie?

Powiedzmy, że taki normalny gracz, a nie geek, może pozwolić sobie rocznie na trzy upatrzone tytuły – wystarczy, ze sobie na nie zaoszczędzi. Paradoksalnie zresztą, ceny gier są rozsądne, nie to co w okolicach roku 2003 – 2006. Pamiętam, że na zakup Gry o Tron trzeba było robić zrzutę, bo i zarobki niższe wówczas sporo, a dolar też po innym kursie. Oczywiście, skończyło się eldorado z lat przedkryzysowych, kiedy to dolar poleciał na łeb względem złotówki i gry z miesiąca na miesiąc taniały wraz z walutą. Gry są zbyt drogie jeśli chcesz ich posiadać jak najwięcej zamiast w nie grać, są za drogie jeśli kupujesz je w Empiku, lub jeśli kupujesz grę Cash Flow.

Dzięki za fajną audycję.